Czy catering dietetyczny jest dla każdego? Moje wnioski po 3 miesiącach diety pudełkowej

Jakiś czas temu, a dokładniej tuż przed przeprowadzką do nowego mieszkania zdecydowałam się na skorzystanie z cateringu dietetycznego. Uznałam, że w nowych realiach może mi być po prostu ciężko pogodzić wszystkie obowiązki z zakupami i gotowaniem a jako matka karmiąca powinnam zadbać o regularność i jakość posiłków.

Z usługi korzystaliśmy ok 3 miesięcy. Od poniedziałku do piątku (czasem z sobotą) zaczynaliśmy dzień od zgarniania sprzed drzwi torby z posiłkami na cały dzień.

Czy było to wygodne? Owszem, zwłaszcza kiedy spędzałam dni między mieszkaniem rodziców, polowaniem wśród sklepów budowlanych a ogarnianiem rzeczy na budowie.

Nie musiałam myśleć o tym co kupić i co ugotować, musiałam tylko pamiętać, żeby zjadać zawartość pudełeczek. Koszty były zbliżone do wydatków na zakupy. Posiłki były na ogół pomysłowe i smaczne, nie licząc tych, które przygotowałabym inaczej. A jakże! Zdarzały się też wpadki typu, jak mniemam, pestka cytryny która wpadła do zupy i po zmiksowaniu tejże zrujnowała smak całej partii.

Po trzech miesiącach jednak mieliśmy dość. Czemu?

Brak dopasowania

W swoim mieście nie mogłam znaleźć cateringu który oferowałby dietę która by mi odpowiadała. Właściwie powinna to być dieta paleo – bez glutenu, nabiału i strączków. Z moich obserwacji wynika, że oferowane diety są oparte głównie o bezglutenowe zboża i strączki. Serio, jest tego od groma.

Jakkolwiek bezglutenowe zboża są dla mnie OK to strączków po prostu nie toleruję. I to nie tak, że sobie to wymyśliłam i tak naprawdę mogłabym je włączyć do swojej diety. Naprawdę te trzy miesiące potraktowałam jak test swoich możliwości. Postanowiłam “zluzować” i po prostu zjadać to co mi oferowano w ramach pakietu bez glutenu i laktozy.

Efekt był taki, że miałam dokuczliwe wzdęcia w związku ze spożywaniem sporych ilości strączków (głownie soczewica i ciecierzyca) i kilka razy (w ciągu trzech miesięcy!) cierpiałam na zapalenie zatok bo trudno dokładnie wybierać ser bezlaktozowy z każdej sałatki.

Gdzie moje mięso?

Za mało mięsa, za mała jego różnorodność – serio jestem człowiekiem mięsnym, jestem przyzwyczajona do większych porcji niż 100 g. Kiedy po jakimś czasie po raz kolejny zobaczyłam dwa plasterki kurczaka w moim obiedzie, albo kolejny raz chudą rybę, po prostu miałam ochotę płakać.

Za mało…

Za mało tłuszczu. Wiecie, że niektórzy uważają iż paleo tłuszczem stoi. Nie jest to takie dalekie od prawdy. Więc jeśli jedząc paleo na jakiś czas przestawiacie się na dietę niskotłuszczową to jest wam po prostu bardzo ciężko.

Za mało warzyw. Paleo to nie tylko mięso (choć niektórzy tak twierdzą to większość z nas jednak uwielbia warzywa), dlatego ja jestem przyzwyczajona do tego, że każdy mój niesłodki posiłek powinien te warzywa zawierać w słusznej ilości. Tymczasem zdarzało się, że warzywa były po prostu składnikiem sosu. A przynajmniej tak mi się wydawało bo były w opisie ale naocznie nie stwierdziłam ich obecności. Po jakimś czasie po prostu zaczęłam dorabiać surówki lub sałatki do każdego obiadu z cateringu. Ale czy tak to powinno wyglądać?

Brak kontroli

OK ktoś może stwierdzić, że jak to? Przecież każda oferta jest pod konkretną kaloryczność. OK ale wiedziałam tylko tyle, że moja cała dieta to x kalorii dziennie (swoją drogą nigdzie nie znalazłam oferty dopasowanej do mnie, albo było tych kalorii za mało albo za dużo – widział ktoś gdzieś dietę 1800 kcal bez glutenu i laktozy?), nie wiedziałam natomiast ile przypadało na konkretne posiłki. Nie wiedziałam też jak wygląda rozkład makro a to dla mnie ważniejsze niż kilokalorie.

Teraz przymknęłam na to oko ale gdybym się przygotowywała do startów to byłoby dla mnie nie do przyjęcia.

Monotonia

Fakt – na początku wszystko było super, codziennie coś innego, co poniedziałek to samo uczucie ekscytacji “co będzie w menu na cały tydzień?”. Ale po kilku tygodniach dopadło nas poczucie zapętlenia. Zaczęliśmy narzekać na “znowu rybę w piątek”, “znowu ten sos po którym źle się czuję” albo “znowu tą zupę”.

Co ciekawe nie odczuwam tej monotonii kiedy jem trzeci raz z rzędu pulled porka w nowej odsłonie. Może to kwestia przyzwyczajeń i upodobań?

Tony śmieci

Nie jestem jakąś świrniętą ekomamuśką (choć moje dziecko korzysta z wielorazowych pieluch więc niektórzy mogą mnie za taką uważać) ale kiedy korzystaliśmy z cateringu po prostu tonęliśmy w opakowaniach. Policzcie sobie sami 4-5 posiłków dziennie dla dwóch osób przez 5 dni w tygodniu. Nie wiem jak Was ale mnie to trochę bolało. A gdyby tak wymyślić catering z opakowaniami zwrotnymi? Np przy zostawianiu posiłków na dany dzień zabierali by opakowania z poprzedniego? Każdy klient miałby wypożyczone dwa komplety i stosował je zamiennie. Tak sobie tylko gdybam.

Ilość posiłków

To nie wina cateringu, po prostu mój organizm lepiej funkcjonuje kiedy jem rzadziej a więcej objętościowo. Jestem przyzwyczajona do jedzenia trzech większych posiłków dziennie a tymczasem przeszłam na tryb 5 drobnych posiłków złożonych głównie z węglowodanów. Skończyło się tak, że między posiłkami z cateringu dopadały mnie “małe głody” i sporo podjadałam.

To by było na tyle. Spytacie mnie czy żałuję? Nie, wtedy tego potrzebowałam. Nadal twierdzę, że to był dobry start w nowym życiu w nowych warunkach. Odciążyło mnie czasowo i organizacyjnie. Zaznaczam też, że nie mam zamiaru krytykować tego typu usług, nie podam też konkretnej firmy. To po prostu moje osobiste wrażenia, a dzielę się nimi bo może ktoś z Was się zastanawia jakby to było gdyby się skusił.

Czy bym to powtórzyła? Nie sądzę. No chyba, że byłabym znowu w podobnej sytuacji co wtedy. Teraz jednak zorganizowałam sobie domowe środowisko. Wróciłam do sobotnich zakupów targowych za którymi tęskniłam i wdrożyłam kilka zwyczajów które pozwalają mi zapanować nad tygodniowym jadłospisem. Jem wtedy kiedy jestem głodna a nie kiedy wybije godzina posiłku, jem do syta i jak będę czuła taką potrzebę to będę liczyć makro, bo będę wiedziała co wrzuciłam do garnka albo na talerz. A czuję, że taka potrzeba nadchodzi bo po tych trzech miesiącach trzeba podreperować formę.

A o kuchennych zwyczajach, które pozwalają mi jeść zdrowo mimo wielu obowiązków napiszę Wam następnym razem.

 

Powyższy artykuł ma charakter edukacyjny i nie może być traktowany jako substytut fachowej wiedzy lekarskiej/specjalistycznej. Autorzy cookitlean.pl nie biorą odpowiedzialności za sposób wykorzystania zawartych w nim informacji przez czytelników.

Podziel się z innymi, udostępnij ten wpis!
  • Nie korzystałam nigdy, bo nie miałam jeszcze takiej sytuacji, która by mnie do tego zmusiła ale widzę to dokładnie w ten sam sposób. Na krótki okres czasu to może być świetne rozwiązanie- na dłużej męczące. I świetnie, że napisałaś o tym ekologicznym aspekcie. :)

  • Mam wrażenie, że w wielu dietach pudełkowych brakuje opieki dietetyka (choć wiele o takowym wspomina). Byłam pewna, ze diety 1000 kcal szczęśliwie przeminęły wraz z końcem lat 90-tych. O dziwo prawie każda firma z cateringiem pudełkowym ma taką w swojej ofercie. Żaden szanujący się dietetyk nie podpisałby się pod dietą 1000 kcal, bo jest to zwyczajnie za mało dla dorosłego człowieka.

  • Justyna Fijor-Marques

    To chyba najlepsza recenzja bez recenzji na temat diety pudełkowej jaką czytałam!