Jestem więcej niż rozmiarem czyli trudna sztuka samoakceptacji

kasia2003

To miał być szybki i skondensowany wpis. Coś na zasadzie aktualizacji mojej historii, którą opublikowałam ponad rok temu. Miałam zacząć zupełnie inaczej ale zawsze mobilizujecie mnie i inspirujecie mnie do poruszania pewnych tematów. I tym razem nie zawiedliście. A raczej jedna osoba nie zawiodła.

Wróciłam po ciężkim dniu w pracy, całodziennym gaszeniu pożarów i zmaganiem się z żołądkiem, który w stresie postanowił nie przyjmować żadnych pokarmów. I co zastałam? Komentarz na fanpage. Piękna M. postanowiła chyba sprowadzić mnie na ziemię (tylko skąd?) i napisała co następuje (pisownia oryginalna):

na tych treningach chyba sobie tylko zdj robisz i na fb siedzisz bo gruba jested

Nie będę udawać, w pierwszym momencie zabolało i to bardzo. Potem jednak pomyślałam sobie (muszę to aż wypunktować):

  • Dlaczego właściwie oceniasz moją osobę przez pryzmat mojego rozmiaru*?
  • Jak przykre musi być Twoje życie, że jedyne co widzisz i dostrzegasz to rozmiar?
  • Jak przykre musi być Twoje życie, że uważasz, że ciało służy tylko do wyglądania?
  • Jak bardzo ograniczone jest Twoje myślenie skoro uważasz, że trening służy jedynie odchudzaniu?

Może moje ciało nie jest idealne, może mi to odpowiada a może nie, ale to tylko i wyłącznie moja sprawa. Przeszłam długą drogę i idę dalej. Część już opisałam, część opiszę niżej i pewnie będę dopisywać jeszcze nie raz. Ale moje ciało nie służy do wyglądania i cieszenia Twojego oka M. Moje ciało to maszyna (dzięki Kasia za to porównanie). Jestem dumna z tego co potrafi i że trzyma się tak dobrze mimo tego co mu robiłam przez wiele lat.

Dla dodatkowej motywacji wrzucam niezawodną Rondę Rousey

A co robiłam?

W poprzednim wpisie wspominałam mgliście o złych myślach i wracaniu do tego od czego chciałam uciec. Tym czymś są zaburzenia odżywiania z którymi zmagam się od … właściwie odkąd pamiętam. Przeszłam już chyba wszystkie etapy od jedzenia kompulsywnego, przez głodzenie się, typowe objawy bulimii. Moje ciało pokrywają mniejsze i większe blizny bo tak bardzo siebie nie akceptowałam, że posuwałam się do samookaleczania. Serio, rozstępy przy tym to pikuś.

To wszystko skutecznie ukrywałam przez wiele lat. Przed wszystkimi. Mimo, że moja waga wahała się dość wyraźnie a ja wyglądałam jak chudszy i grubszy chomik z przekrwionymi oczami i poranionymi kostkami dłoni. Czasem tylko słyszałam, że chyba już wystarczy tego odchudzania. Czy to wszystko spotkało mnie bo napatrzyłam się na modelki w gazetach i na wybiegach? Nie, przyczyna zaburzeń odżywiania zawsze leży głębiej, za pozornie banalnym odchudzaniem kryją się prawdziwe dramaty ale ja tak głęboko w swoje życie wchodzić nie będę. Tak jak piszą mądrzy ludzie, takie osoby jak ja nie mogąc poradzić sobie z dramatami dążą do kontroli – w tym przypadku nad własnym ciałem.

Tylko, że ta kontrola słabnie i z czasem budzimy się z ręką w nocniku. Nasze ciało nie wytrzymuje i po kolei upośledzają się pewne funkcje organizmu. W moim przypadku najbardziej ucierpiał układ pokarmowy, układ hormonalny (ciągle zmagam się z zaburzeniami pracy nadnerczy) i kto wie ile jeszcze popsułam.

Psułam też później kiedy ataki stały się rzadsze a moje ciało korzystając z okazji postanowiło odbić sobie za te wszystkie lata – tyjąc. Okresowo wpadałam w panikę i traktowałam je kolejnymi dietami (co zresztą opisałam w poprzednim wpisie).

Paleo było dla mnie wybawieniem bo przerzuciłam się na produkty mocno odżywcze, stopniowo zaczęłam jeść coraz więcej tłuszczu (stopniowo, bo to trudny do pokonania lęk utrwalany przez autorytety). Odżywiłam swoje ciało, mózg zaczął pracować lepiej, ja stałam się spokojniejsza. Czytając coraz więcej i więcej o diecie zaczęłam zmieniać swoje podejście do jedzenia, przestało być karą i metodą kontroli a zaczęło być nagrodą i przyjemnością. Ataki prawie wyeliminowałam, pojawiały się jedynie w momentach totalnej bezsilności, kiedy nie byłam w stanie wziąć spraw w swoje ręce, bo coś nie zależało ode mnie.

Czy paleo rozwiązało wszystkie moje problemy?

Choćbym bardzo chciała to z przykrością muszę napisać, że nie. Początkowo kiedy ataki stały się naprawdę rzadkie chciałam napisać wpis o zbawiennym wpływie paleo na zaburzenia odżywiania. Jednak życie osób z problemami takimi jak moje jest dość przewrotne. Jako osoba dążąca do kontroli bardzo upodobałam sobie dietę eliminacyjną. Po początkowych delikatnych odstępstwach od diety szybko zaczęłam zawężać listę spożywanych produktów, coraz bardziej i bardziej. Najpierw paleo, potem low fodmap, potem w momentach kryzysowych zaczynałam myśleć o kolejnych ograniczeniach. Czy to było do końca złe? Niekoniecznie, moje jelita faktycznie potrzebowały troski i odpoczynku. Niektóre fodmapy praktycznie na stałe zniknęły z mojego jadłospisu (czosnek, cebula, kalafior) ale do pełnego protokołu nie mam zamiaru wracać. No i węglowodany – nowy wróg. Niby wiedziałam, że utrzymywanie podaży na poziomie 50-80 g nie jest bezpiecznie ale mimo jej zwiększania a może właśnie przez to ciągle odczuwałam lęk. No i dzienna kaloryczność (jak już wspominałam przy okazji ostatniego jadłospisu) oscylowała wokół 1500 kcal. Liczenie tego co jadłam raz pomagało mi odzyskać kontrolę a raz pchało w stronę paniki. Bo przecież wyszło za dużo, przecież wyszło za mało, wszystko stracone, nie umiem nawet dobrze jeść.

Na początku tego roku zaczęłam tyć. Nie wiem czy to nieregularne posiłki, zero odpoczynku (bo praca nad książką), cała góra stresu a może wszystko na raz połączone z kolejnym protestem organizmu? Zeszłam do 1200 kcal w dni bez treningu (no bo redukcja). Moja waga skakała o 5 kilogramów w dół (przed zawodami) i w górę. Pojechałam zrobić patent żeglarza i znów straciłam 5 kilogramów jedząc prawie nic. Wtedy się z tego cieszyłam ale ostatnio prześledziłam zapisy na karcie domowej tanity i odkryłam, że skutecznie traciłam … mięśnie.

Po powrocie zwróciłam się do Kamila, powiedziałam co chciałam (“chcę zejść jeszcze 7 kg”) dostałam po głowie, dowiedziałam się, że mam załamanie metaboliczne i czas zacząć jeść i robić rekompozycję zamiast redukcji.

I tak pracujemy. Jem więcej (ilościowo i więcej produktów, więcej węglowodanów, więcej białka i więcej tłuszczu – z naciskiem na węglowodany, jak w jadłospisie) i trenuję więcej. Nadal mam problem z akceptacją wagi (która ciągle skacze ale mniej i z lekką tendencją spadkową) jednak stosuję kilka metod pomiaru i to mnie motywuje. Od początku straciłam ok 5% tłuszczu (wg fałdomierza) i w sumie 25 cm w obwodach. Tanita twierdzi, że zyskałam 4kg mięśni ale znając jej kaprysy traktuję ten pomiar bardziej jako ciekawostkę i dodatkową motywację :)

Dlaczego o tym wszystkim piszę?

Dlaczego nie ograniczyłam się tylko do krótkiej relacji z aktualnych wyników?

Dlatego, że codziennie spotykam się tu i na facebooku z ludźmi, którzy borykają się z zaburzeniami odżywiania i brakiem akceptacji siebie i swojego ciała. I chciałabym, żeby to co napiszę dotarło przede wszystkim do tych osób bo być może zadziała jak ostrzeżenie, jakiś bodziec do zmian. Skoro ja nadal się zmagam ze skutkami autodestrukcji i chorobliwej kontroli to nikogo innego to nie ominie. I skoro czytając taki komentarz pięknej M., po krótkiej chwili umiem stłamsić zwątpienie poczuciem siły i własnej wartości to znaczy, że jest nadzieja i każdy może prędzej czy później osiągnąć ten stan. Droga jest długa a ja jeszcze nie jestem na końcu ale czuję się o niebo lepiej. Od dłuższego czasu nie mam ataków.

W zeszłym roku przeszłam terapię i choć nie była skoncentrowana na zaburzeniach odżywiania myślę, że dotarliśmy (razem z psychologiem) do podstawy moich problemów i już nie chcę się niszczyć, chcę tylko naprawiać.

Swoją drogą – czy obijam się na treningach? Odpowiedź można znaleźć od czasu do czasu na instagramie. Filmy kręcę z polecenia Kamila, dla kontroli techniki, na insta są tylko wyrywkowo :) 

*Swoją drogą mój rozmiar to 38 – jeśli ktoś ma z tym problem to jest mi z tego powodu szalenie wszystko jedno.

Na zdjęciu jestem ja, jeszcze z czasów kiedy cyfrówki nie były tak popularne a ja widziałam na nim zupełnie co innego niż teraz widzę.

Powyższy artykuł ma charakter edukacyjny i nie może być traktowany jako substytut fachowej wiedzy lekarskiej/specjalistycznej. Autorzy cookitdev.hellostudio.eu nie biorą odpowiedzialności za sposób wykorzystania zawartych w nim informacji przez czytelników.

Podziel się z innymi, udostępnij ten wpis!
  • Zuza Jankiewicz

    Kasiu, dziękuję Ci za ten wpis. Doskonale Cię rozumiem, bo walczę z identycznym problemem. Z 14kg niedowagi, gdzie wyglądałam jak chodząca śmierć, ale dziewczyny mi zazdrościły „chudzizny”, zrobiłam się znowu małym pulpetem. Niby waga w normie, ale w dobie mody na chudość i fit sylwetki daje mi to na bani, szczególnie, że w dzieciństwie po sterydach miałam nadwagę i dzieciaki nie dawały mi żyć (stąd kompleksy na tym punkcie, które nawet były, gdy byłam wychudzona). Do tego wciąż walczę z tarczycą, jelitami i stanem zapalnym w organizmie, którego przyczyny nie mogę znaleźć, więc łapię doła podwójnie, że dopada mnie to co najgorsze. Wszystkim mówię, że trzeba akceptować siebie, a sama nie cierpię patrzeć na swoją spuchniętą twarz. Ale takie wpisy jak Twój dają siłę.
    Zawsze Cię podziwiałam, bo robisz wspaniałą robotę i ja kiedy widzę Twoje zdjęcia, to widzę uśmiech i zdolną, silną dziewczynę i to jest piękne, a nie to ile ważysz i tak trzymaj, bo jesteś autorytetem dla nas czystożerców ;)
    No po prostu dziękuję, wzruszyłam się jak to czytałam (głupie hormony) :P

    • Heheh wiesz ja wczoraj i dziś ciągle ryczę czytając komentarze :) Dobrze! Czasem trzeba się oczyścić.

      Właśnie, nikt z nas nie wie jaką drogę i z jakim ciężarem pokonuje druga osoba więc powinniśmy się powstrzymać od oceny. Jakbyśmy się wszysce wspierali zamiast oceniać to świat byłby piękniejszy!

  • Paweł Jackowski

    Robisz super robotę Kasiu, nie zwalniaj :)

    • Ani myślę! Dzięki Pablo! :)

  • Kinga

    Do mnie dotarło! (i dziękuję bardzo! – takie wpisy są niezwykle potrzebne w mojej opinii – jeżeli ktoś, kogo wybrałam sobie na autorytet – w pewnych dziedzinach ;) – też czasem sobie nie radzi, ale stara się radzić i nie poddawać, to i ja mogę (a pierwsze spotkanie z terapeutą mam w sierpniu:))

    • Tak przyznaję, często sobie nie radzę ale klucz to znaleźć siłę by dążyć do rozwiązania problemu :)

  • Angelika Dudek

    Ludzie czasami sobie nie zdają sprawy jak bardzo mogą kogoś skrzywdzić głupim wpisem. Dziękuję Ci za to co robisz. Trafiłam do Ciebie przy okazji detoksu cukrowego w styczniu. Od tej pory wiele razy znalazłam tu motywację i inspiracje. Zmagam się z nadwagą od zawsze. W moim najgorszym okresie ważyłam prawie 150 kg i nosiłam rozmiar 54-56. Jestem uzależniona od cyferek(kiedyś ważyłam się po każdym posiłku). Mam zaburzenia odżywiania i mogą bałagan w głowie. Naszczescie spotkałam kogoś kto wiedzial jak mi pomóc. Dzisiaj noszę rozmiar 42 z którego jestem bardzo dumna, biegam , jem czysto i czuję się lepiej. Dzięki czystozercom zachowuje równowagę. W chwilach slabosci grupowe wpisy naprawdę pomagają :) pisze to wszystko żebyś wiedziała, że rozumiem jak trudny był dla Ciebie ten wpis i podziękować Ci za wszystko do robisz .

    • Bardzo się cieszę, że znalazłaś pomoc i chciałaś z niej korzystać! Numerki są drugorzędne, najważniejsze to czuć się ze sobą dobrze i czuć się dobrze pod względem zdrowotnym – ja też jestem z Ciebie dumna!

  • Ewa

    Kasiu, jesteś wielka, ale tylko duchem!!! Dzięki za ten wpis — w ogóle za dużo uwagi przykładamy do wyglądu, a za mało do tego, ze trzeba po prostu polubić i zaakceptować siebie. Buziaki i uściski :*

    • Dookładnie, wszyscy mamy tyle cudownych cech a wciąż są ludzie, którzy sprowadzają naszą wartość do wyglądu!

  • Abstrahując od zaburzeń i treningów itp. ogólnie mam wrażenie, że w naszej kulturze jest jakiś chory zwyczaj oceniania kogoś po rozmiarze ubrania. Ja mam jakieś półtora metra wysokości i noszę 34 niezależnie od tego, czy jestem w stanie teraz (łoesus przytyłam 10 kg ;/), czy 5 lat temu, kiedy ważyłam tyle ile powinnam.

    Tymczasem moje koleżanki, które mają tych 10-15 cm wzrostu więcej nie będą nosić 34, chyba że zdecydują się na bycie kościotrupem…
    I tak… Uważam, że każdy powinien patrzeć na siebie i swoje NATURALNE proporcje bez oceniania, że jak ktoś nosi 34 to jest super wysportowany (echh ;/), a jak 38 to na pewno jest gruby.

    Jakbym ja doszła do 38 to pewnie już bym się toczyła zamiast chodzić, ale jak ktoś wyższy ode mnie o te 10 cm nosi 38 to to jest całkiem normalny rozmiar przecież! Już bez przesady…

    • Rozmiary w ogóle nie są miarodajne. Zwłaszcza, że różne ubrania mają różne kroje i różne sklepy mają różne rozmiarówki. Ja ten numerek podałam jako jakiś tam punkt odniesienia. Nie uważam, żeby to było dużo. Ja zeszłam do niego z rozmiaru 46 i cieszę się z tego i uważam, że pokonałam długą drogę. Natomiast jeśli ktoś się dobrze czuje w rozmiarze 46 to cieszę się razem z nim, bo najważniejsze kochać siebie.

  • Nati

    Kasiu, co zatem poradzisz osobom ewidentnie „za chudym”, którzy na diecie paleo chudną jeszcze bardziej? Ja i mój partner borykamy się z tym od dłuższego czasu i nie wiem co dalej – wrócić do chleba, makaronów i słodyczy? Niestety, ale nie tylko zbyt duża waga prowadzi do kompleksów :( I mam wrażenie, że nie powinno sie tego w sobie akceptować, bo zwyczajnie nie wygląda się zdrowo…

    • Anna Wróbel (fb.com/InSportLov

      Dlaczego chudniemy zależy od wielu czynników, złe trawienie, złe wchłanianie, zbyt mała podaż kaloryczna czy najzwyczajniej w świecie za mało węglowodanów.
      Zgłoście się do specjalisty.

    • Tak jak Ania pisze, najlepiej zwrócić się do dietetyka, kogoś kto ogarnia ciało człowieka holistycznie.

  • Marta Jach

    Czytając Twoją historię niesamowicie się wzruszyłam, bo… to tak jakbym czytała swoją. Doskonale Cię rozumiem i wiem jak to jest żyć w ciągłym strachu/chaosie/histerii z powodu jedzenia. W te wszystkie kłopoty wpadłam dokładnie przez takie płytkie myślenie- mojego ojca, który widział we mnie tylko grubą kluchę, a nie swoją córeczkę.

    Jestem z Tobą całym sercem, rób to co robisz dalej- bo jesteś w tym zaje***ta!

    • Dziękuję! Ja się wzruszam czytając wasze komentarze, nie spodziewałam się takiej reakcji i cieszę się bardzo, że do Was dotarłam :*

  • fuxiatka

    Jest nas bardzo wiele. Całe życie walczyłam ze sobą i właściwie wciąż walczę chociaż udało mi się poukładać wiele rzeczy. Staram się myśleć o sobie jako o całości, co jest sukcesem, bo kiedyś wydawało mi się, że najważniejsze jest to jak wyglądam. Wciąż cieszy mnie każdy zgubiony centymetr ale one spadają bo zaczęłam dbać o siebie, leczyć chorobę.
    Cieszę się że to napisałaś. I bardzo się cieszę, że wiesz co jest dla Ciebie najważniejsze. Podziwiam Cię i się Tobą inspiruję. Powodzenia ;)

    • W sumie to ciało może reagować lepiej kiedy po prostu przestaniemy się stresować i chorobliwie koncentrować na numerkach. Stres nas hamuje mimo, że nawet o tym nie wiemy :)

  • sur

    To bardzo odważny (i wzruszający) tekst i bardzo Ci za niego dziękuję. Komentarze takie jak ten, do którego się odniosłaś biorą się najczęściej z zazdrości i bezmyślności, a mimo to potrafią zaboleć i spowodować lawinę niesprawiedliwych wobec siebie wniosków . Jestem pod wrażeniem Twojej pracy i wiedzy, a – przez ostatnie artykuły – również Twojej drogi. Życzę powodzenia i dumy z siebie.

    • Na szczęście się już uodporniłam i powiem szczerze, że i tak jestem zaskoczona, że po tylu latach natknęłam się tylko na jeden taki komentarz :)

  • Dzięki Aniu, za wsparcie teraz i zawsze. Wczoraj pomyślałam sobie, że mimo problemów jakie napotykam jestem szczęśliwa, bo mam wokół siebie cudownych ludzi :*

    Dziewczyny nie mam w dupie, współczuję jej :)

  • Doskonale Cię rozumiem, dla mnie świetnie wyglądasz. Nigdy bym nie pomyślała, że miałaś i nadal masz takie problemy. Widać, że blogowanie dodaje Ci sił i motywuje Cię.
    PS. Czy Ty jesteś wysoka? Ile masz wzrostu?

    • Dziękuję :) Problem w tym, że właśnie takie osoby jak ja mają zaburzone postrzeganie samych siebie. Bywały takie dni, że nie wiedziałam co jest prawdą a co moim wyimaginowanym obrazem. Bo np wszyscy mówią, że świetnie wyglądam, spodnie spadają a ja się czułam kluskowata i ociężała.

      Jestem niska :) 162 cm

      • Magda

        Wcale nie jesteś niska – ja też mam 162 cm i wszystkim mówię, że jestem wysoka..chociaż czasem dodaje sobie te 3 cm ;-) wiele pozytywnych komentarzy dostałaś i ja też napisze: jesteś WSPANIAŁĄ osobą od której można się wiele nauczyć. Negatywne ocenianie innych rodzi sie tylko z własnych kompleksów. Jak ładnie to ujęłaś- przykre życie ma ta osoba i to jest smutne. Mam nadzieje, ze uda mi się kiedyś zawitać do Krakowa jak organizujesz piknik i Cię poznać :-) Trzymaj się ciepło :-)

  • Dzięki! I ważne, żeby ta droga dawała satysfakcję bo bez tego ciężko wytrwać. Cieszę się, że pomagamy :* Mi też grupa szalenie dużo daje :)

  • Kamila Osowska

    Kocham Cię za ten wpis :) „siostro” :) I cieszę się, że mam przyjemność inspirować się od ciebie. Teraz muszę troche się sama naprawić, bo nadmierna siła wewnętrzna kryjąca ostatnie zmiany w mym życiu dała mi znowu spadek wagi mimo jedzenia. Bo psyche jest powiązane z fizjo człowieka :) Czas się odbudować i kochać siebie samych!!! Kamila ;)

  • magda

    Dziękuje za ten wpis…. nie dawno zdalam sobie sprawe ze mam problem… powazny problem ale nie wiem jak sobie pomoc. Dzieki moze odnajde w koncu spokoj

  • Dzięki! Naprawdę. Bo mam wrażenie, że masa dziewczyn – nawet trenujących siłowo – ma ogromny problem z tym, żeby zaakceptować swoje ciało jako trochę większe czy inne niż te wszystkie wyfotoszopowane wieszaki, które otaczają nas w mediach. Ja na przykład wszystko teoretycznie wiem: że ta odrobina tłuszczyku jest naturalna, że chcę przede wszystkim być silna i zdrowa, i że w sporcie najbardziej lubię czuć swoje ciało jak sprawną maszynę (tak, też uwielbiam tę metaforę). Z dumą w pracy wyjmuję łopatkę wieprzową przy koleżankach jedzących jogurt fit mega-odtłuszczony z 3 jagodami goji. Uwielbiam patrzeć na silne, umięśnione kobiety i uważam, że Mattie Rogers jest zjawiskowa. Ale czasem, kiedy zostaję sama, bez pancerza teorii, myślę sobie, że 60 kg na moje 162 cm wzrostu to za dużo, wyszukuję palcami różne fałdki i trochę chce mi się płakać.

  • s.

    hej, nie w temacie/ ale dopadłam Twoje przepisy, wpadłam w wir gotowania i do diaska: skąd wziąć serce wołowe. internet podrzuca mi jedynie sklepy zoologiczne.

    • Spróbuj zamówić w jakimś małym mięsnym :)

  • Patrycja Życińska

    Kasiu, jak zwykle wspaniały wpis, w punkt, na Twym wspaniałym blogu :)
    Zupełnie pro forma (bo oczywistym jest, że tak właśnie będzie) napiszę: tylko tak dalej :)
    Pozdrawiam serdecznie.